poniedziałek, 12 października 2009

Twin Peaks - Sezon 1

Serial cieszył się niegdyś ogromną popularnością - zarówno w Hameryce, jak i w Polsce. Wiadomo, upadek komuny, to i cenzura zniesiona; zatem w naszych odbiornikach zagościło multum różnych seriali z rozwiniętego Zachodu. Ponieważ TP jest sygnowane nazwiskiem Lyncha, domyślałem się, jak wielką surrealnością musi się ów cechować. A przecież nie jest to specjalnie zrozumiała przez masy forma artystyczna, skąd zatem się wzięła tak wielka oglądalność? Może po prostu Polaczki się napaliły na zachodnie produkcje i chłonęły wszystko jak leci? W takim razie skąd popularność w Hameryce?

Diagnoza - klimat i ciastka z wiśniami. I wszechobecny zapach kawy. I zapętlony w głowie slogan: "Kto zabił Laurę Palmer?". A, no i Cooper. A bardziej ogólnie - Lynch wespół z Markiem Frostem pokazują, jak można sprawnie wyreżyserować serial pełen absurdalnych i nadnaturalnych motywów, a mimo to tak wymownie poruszający kwestie bliskie każdemu widzowi. Zwłaszcza kwestie miłosne. Nawet jeśli są zabarwione filozofią.

Z początku nie mogłem się wciągnąć, przyznam. Dwa pierwsze odcinki nieomal przespałem ze względu na ogólne niezorientowanie się w relacjach między postaciami. Sama śmierć Laury Palmer wydawała mi się wtedy przesadnie mocno przedstawiona, ale wrażenie to było oczywiście błędne, gdy się weźmie pod uwagę jej rolę w miasteczki Twin Peaks. Albo po prostu miałem jak najbardziej negatywne nastawienie, trudno mi to orzec. Dość powiedzieć, że z odcinka na odcinek moje zainteresowanie całą sprawą, mrocznymi sekretami mieszkańców rosło coraz bardziej. Jeśli traktować nadnaturalne zjawiska w filmach Lyncha jako "strumień świadomości", to w przypadku TP mamy ich bardzo wiele, splecionych w logiczną całość, budujących monstrualnie namacalną atmosferę niepokoju i chorobliwego zainteresowania. A przecież samo śledztwo nie było prowadzone z nadmierną ostrożnością - "tybetańskie" praktyki Dalea Coopera, przeoczenie wielu istotnych szczegółów przez miejscowych funkcjonariuszy, brak pozwolenia na dokładne zbadanie zwłok Laury Palmer... poszukiwania mordercy, stopniowe, powolne, stanowią jedynie tło dla pozostałych bohaterów, na ich reakcje i zachowania po śmierci "idealnej" uczennicy liceum, na obnażenie ich prymitywnych instynktów. Tak wydawałoby się nieostrożne kierowanie losami fabuły owocuje rosnącym napięciem.

Jak to jednak z pierwszymi sezonami bywa, muszą się nagle zakończyć, by zaostrzyć apetyt na następny sezon. Przyznam, że ostatni odcinek wywiązał się z tego zadania perfekcyjnie - niektóre wątki osiągnęły punkt kulminacyjny, inne obróciły się o sto osiemdziesiąt stopni, skutkując niekiedy szokiem widowni (to jest, moim). Jakoś tak właśnie ostatni odcinek zasłużył na miano mojego ulubionego - za wprawną reżyserię Frosta. Może brakuje jakiejś wyrazistszej puenty, ale takowa możliwa byłaby jedynie poprzez zdemaskowanie mordercy, a na to było zdecydowanie za wcześnie. Wystarczy, że w ostatnim odcinku twórcy obalają wszelakie domysły, jakie mogły się zrodzić w głowie widza.

Motywy muzyczne w serialach bywają nadmiernie eksploatowane, na całe szczęście na przestrzeni tych kilku odcinków nie jest to jeszcze odczuwalne; na to przyjdzie nam poczekać do następnego sezonu, a do tego czasu możemy się nacieszyć cichymi melodiami, raz o ckliwym, raz o wywołującym dreszcz nastroju. W połączeniu ze zdjęciami natury, tak wszechobecnej i istotnej fabularnie w Twin Peaks potęgują charakterystyczny klimat niepokoju, stojąc w kontraście do licznych scen o charakterze miłosnym. Bo czyż człowiek jest w stanie walczyć z tymi przeklętymi "sowami, które nie są tym, czym się zdają?"

Odizolowani od reszty świata, osamotnieni w walce z tym "nadnaturalnym złem" bohaterowie mają do dyspozycji jedynie osobę Dalea Coopera, co nazizm chętnie zwalczy i porządek zaprowadzi. Jeśli tylko dostanie swoją "cholernie dobrą" kawę. "I gorącą!". To typ perfekcyjnego protagonisty - jego idealizm nie jest oparty na mrzonkach, on z całego serca pragnie uchronić to ukochane przez niego miasteczko, nieskażone jeszcze nadmiernymi wpływami cywilizacji. I realizuje swoje pragnienie całkowicie bezinteresownie. Kyle Maclachlan odwalił kawał dobrej roboty, wcielając się w tę postać - jest charyzmatyczny i potrafi przekonać do swoich racji, choćby nie wiadomo jak bardzo, wydawałoby się, nieracjonalnych.

Zostawię sobie jakiekolwiek głębokie analizy na sezon drugi, tymczasem zaś nie pozostaje mi nic innego, jak pogratulować Lynchowi i Frostowi oraz całej ekipie filmowej za efektywną współpracę i stworzenie wielowarstwowego serialu, który potrafi trafić w gusta każdego.

Ocena: Tak

0 komentarze: