Pierwszy sezon Grey's Anatomy za mną. Wrażenia? Raczej w kierunku tych pozytywnych. Jako całość, pierwszy sezon spisuje się nieźle, wciąga na tyle by wytrwać do końca a nawet mieć apetyt na drugą serię. Jednego tylko nie mogę rozgryźć: czy to aktorka grająca postać Meredith mnie drażni (nie tyle aparycją, co poziomem swojego aktorstwa, a to już poważna zbrodnia; choć z drugiej strony coś jest pewnie ze mną nie tak, bo po krótkich przeszpiegach wespół w zespół z wujkiem Googlem i ciocią Wikipedią okazało się, że grająca naszą protagonistkę Ellen Pompeo za swoją kreację w serialu została wielokrotnie nominowana i cztery razy zdobyła nagrodę. Ot, kuriozum), czy też postać szanownej pani Grey sama w sobie? Główny wątek miłosny pomiędzy nią a doktorem Derekiem Shepherdem przyprawia mnie o nerwowe poziewywanie. Nawet nie skupiam się specjalnie na ich wymianie zdań, gdyż wiadomo, że o ile na początku chcą być dowcipni i na luzie, to koniec końców Meredith zadurzy się po uszy i wtedy właśnie nastąpi wielkie trach, zgrzyt, bam i łubudu, ponieważ okaże się, że książę z bajki ma swoje tajemnice i cała piękna banieczka słodkich niedopowiedzeń, które czynią codzienne łóżkowe przygody tak ekscytującymi, pryśnie z głośnym, czy też wręcz nieznośnym, trzaskiem. Dlatego pozostawmy ten wątek bez dalszego komentarza.
Meredith jest potrzebna, ponieważ ktoś musi być na pierwszym planie, ktoś na tyle przeźroczysty, by mógł być narratorem wszystkich szpitalnych perypetii grupy stażystów jednej z placówek medycznych w Seattle. Jej komentarze na początku i na końcu każdego odcinka biorą go w nawias, spinają klamrą tak, żebyśmy później nie mieli wątpliwości o co tak naprawdę chodziło w wielu galopujących przez cały odcinek wątkach. Komentarze te nie są ani za mądre, ani za głupie, są po prostu w sam raz, mogą służyć jako przyjacielska porada, jako przypomnienie czegoś, co już niby wiemy, ale czasem zdarza nam się o tym zapominać. Meredith jest naszą przewodniczką po „meandrach życia” (ze szczególnym naciskiem na życie kobiety-chirurga) i miotających nim uczuć. Koncept wydaje się być taki sobie. Ale sprawdza się nieźle, w końcu to tylko serial, który człowiek ogląda aby się odprężyć przy kolacji, kubku kawy, czy po prostu dlatego, że nie ma nic innego do roboty (to akurat jest wierutna brednia, bo zawsze jest coś do roboty).
Zdecydowanie lepiej w moim odczuciu prezentują się postaci poboczne: Izzi, Christina, George i nawet Alex, który ze swoją szowinistyczną i lekceważącą postawą nadętego dupka jest po prostu zabawny. Wszyscy razem z Meredith są stażystami na oddziale chirurgii i jednocześnie rywalami o przyszłe miejsce pracy. Trzeba przyznać, że dość ciężki kawałek chleba sobie wybrali: oddział staje się niemalże ich domem, śpią tam, jedzą, dyżurują i walczą o asystę przy każdej możliwej operacji. Mają pasję i są w stanie poświęcić zobowiązania prywatne dla tej jednej, jedynej chwili, gdy będą mogli stanąć za stołem i uczestniczyć w cudzie ratowania czyjegoś życia. Im ciekawszy, bardziej pokręcony przypadek, tym lepiej. Najbardziej waleczna i agresywna okazuje się Christina, która już od pierwszego dnia wykazuje największą determinację we współzawodnictwie. Jest sarkastyczna, pyskata, inteligenta, niezwykle skryta i poza skalpelem nie widzi świata. Prawdę mówiąc to właśnie ona była i jest powodem dla którego oglądam odcinek za odcinkiem, ale twórcy nie są dla mnie łaskawi i bardzo skąpo (w moim odczuciu) wydzielają na jej temat jakiekolwiek informacje. Ale jedno jest pewne – tam, gdzie jest Cristina, będzie ciekawie. Kolejnym z moich ulubieńców jest George, bardzo nieśmiały chłopak, który na każdym kroku zdaje się popełniać jakieś faux pas. Stara się jednak ze wszystkich sił, by udowodnić, że wybór chirurgii nie był dla niego tylko kwestią przypadku. Jest niezwykle sympatyczny i jego nieporadność autentycznie wzrusza. To jedna z tych postaci, których nie można nie polubić. Następna w kolejce jest doktor Bailey, asystentka na oddziale chirurgicznym opiekująca się wspomnianą grupką stażystów. Choć słowo „nadzorująca” wydaje się być tutaj bardziej adekwatne. W końcu przydomek „Nazistka” nie wziął się znikąd. Pani doktor wie, że w tej pracy nie ma miejsca na sentymenty i stara się wpoić tę zasadę swoim podopiecznym. Jednocześnie jest okiem i uchem oddziału, nic nie umknie jej uwadze, zawsze bardzo trafnie podsumowuje zaistniałe sytuacje. Bardzo też ceni sobie swoją wygodę i czas, dlatego też jeśli aktualnie nie masz przy sobie kubka z gorącą i aromatyczną moccha latte albo twój pacjent nie umiera, to lepiej nie zawracaj jej głowy. Dla swojego własnego dobra.
Mówi się, że w przypadku serialu głównym czynnikiem przyciągającym widza są wyraziste postaci i ciekawa fabuła. W przypadku Grey’s Anatomy chodzi zdecydowanie o ten pierwszy czynnik. Fabuła bowiem nieodmiennie krążyć będzie wokół miłosnych podchodów, tym ciekawszych, że w lekarskich kitlach. A to, jak wiemy i jak pokazuje przypadek „Ostrego dyżuru”, zawsze się sprawdza. I nie jest to wcale krytyka – jedynie czyste stwierdzenie faktu. Serial się ogląda, i to dobrze ze względu na bohaterów, którzy z odcinka na odcinek stają się nam coraz bliżsi; gdy ktoś zostaje na chwilę pominięty, mamy pewność, że scenarzyści szybko zaspokoją nasz niedosyt.
Ponieważ akcja serialu dzieje się na terenie szpitala, powinniśmy się spodziewać ciekawych przypadków medycznych, i owszem, takowe są obecne, jednakże nigdy nie stanowią głównej osi odcinka, jedynie jeden z licznych wątków. Pacjenci bywają różni, jedni z poważnymi problemami, niektórzy z zabawnymi, często stanowią lustro, w którym nasi bohaterowie mogą się przejrzeć i znaleźć dzięki rozmowom z nimi odpowiedź na dręczące ich problemy. W przeciwieństwie do Housa (no tak, to nazwisko musiało w końcu paść…), tutaj twórcy skupili się na wyeksponowaniu emocjonalnej strony serialu, a nie na medycznych zagadkach i racjonalno-filozoficznych dialogach czy przemyśleniach. Oglądając Grey’s Anatomy ma się przyjemne odczucie, że ci wszyscy lekarze są jednak z naszej planety, są tacy jak my, mają te same rozterki, te same ograniczenia i – znów w przeciwieństwie do Housa – obowiązują ich zasady społeczne, ich szefową nie jest Cuddy, która wybaczy wszystko i jeszcze da cukierka za dobrze rozwiązany przypadek *. Grey’s Anatomy uderza w czułą strunę każdego z nas poruszając różnorodność relacji międzyludzkich nie stroniąc przy tym od odrobiny humoru. To taki miłosny tasiemiec, ale uroczy i strawny, momentami nawet bardzo smaczny i pożywny.
I to tyle, jeśli chodzi o porównania tych dwóch seriali. Nie mam zamiaru dowodzić tutaj wyższości jednego nad drugim, gdyż jest to z gruntu bezcelowe. Obydwa są zupełnie inne, kładą nacisk na odmienne aspekty i każdy powinien zdecydować sam, co mu lepiej pasuje, ewentualnie rzucić się na obydwa (jako i ja czynię).
Czy polecam? ** Myślę, że tak. Pierwszy sezon, który swoją premierę miał w 2005 roku, liczy zaledwie dziewięć odcinków. To w zupełności wystarcza, by zapoznać się z klimatem i zdecydować, czy ma się apetyt na jeszcze. Intuicja podpowiada mi, że raczej się nie zawiodę a poza tym bohaterom przyda się asysta przy kolejnych odcinkach. Zabieram się zatem za sezon drugi i znad kubka aromatycznej latte zachęcam do oglądania i odprężenia!
___________
* I żeby nie było wątpliwości, ja wielbię „House M.D.”, hołubię, czczę, swego czasu rozważałam nawet stworzenie małego ołtarzyka, do którego mogłabym modlić się o jeszcze lepsze, jeszcze soczystsze, mocniejsze, bardziej zawiłe pod względem psychologicznym i medyczno-kryminalnym odcinki. Skończyło się na plakacie, ale ciche modły wciąż są uskuteczniane.
** Czy polecam? Pani kierowniczko, ja polecam cały czas! :-)




0 komentarze:
Prześlij komentarz