środa, 12 sierpnia 2009

Detektyw Monk - Sezon 1

Dlaczego filmy są lepsze od seriali? Krócej trwają, są lepiej wykończone, bardzie skoncentrowane wokół konkretnych wątków. Dlaczego seriale są lepsze od filmów? Potrafią wciągnąć. Mogą być słabsze na polu audiowizualnym (kwestie techniczne, obrazy przeznaczone do wyświetlania w telewizji mają większe ograniczenia), mogą mieć nawet niedociągnięcia w scenariuszu czy montażu przez znacznie bardziej napięte terminy. Jeśli natomiast bohaterowie potrafią przyciągnąć uwagę, a koleje ich dalszych losów stają się dla mnie ważne, to w zupełności mi to wystarcza do rozkoszowania się serialem.

Lekko zmęczony formułą House'a (którego też wkrótce zrecenzuję) postanowiłem poszukać serialu w podobnym klimacie. Znaczy, kryminalnego. Przecież House jest detektywem na polu medycznym, prawda? Na myśl przyszedł mi wychwalany przez krytyków Detektyw Monk.

Adrian Monk jest niemłodym już detektywem po poważnych przejściach - w wypadku ginie jego żona. Trauma po utracie swej miłości powoduje w nim szereg dziwnych przypadłości psychicznych, w wyniku których nie jest zdolny do samodzielnego egzystowania w społeczeństwie i oficjalnego wykonywania swojego zawodu. Zatem nasz detektyw, znany ze swego pedantyzmu, hipochondrii i socjopatii zatrudnia pielęgniarkę Sharonę, która - chcąc, nie chcąc - towarzyszy swemu szefowi w trakcie swych dochodzeń w sprawach morderstw wszelakiej maści. Bo czy wspominałem, że Monk ma fotogeniczną pamięć i jest niezwykle bystry? Co prawda bez odznaki, ale w dalszym ciągu udziela niezbędnych konsultacji komisarzowi Stottlemeyerowi (dalej go będę nazywał Stadelmajerem, będzie prościej, prawda?) i jego partnerowi Disherowi, bowiem "Monk zawsze widzi rzeczy, których inni nie widzą".

Trzeba przyznać, że postać głównego bohatera to najmocniejszy punkt serialu, zupełnie jak w Housie. Tony Shalhoub, odtwórca roli, spisał się na medal - wykreował człowieka przepełnionego kontrastami, nieprzewidywalnego, niekiedy nierozgarniętego, a jednocześnie bystrego i uparcie dążącego do celu (zwykle jest nim udowodnienie winy - Monk potrafi bardzo szybko się domyślić, kto zabił, wystarcza do tego obserwacja miejsca zbrodni). Ma swoje hobby, ma swoje pasje, jest dręczony śmiercią małżonki, próbuje odzyskać odznakę i stabilność psychiczną - innymi słowy, jest wielowymiarowy Oglądanie jego niewinnego, żydowskiego pyszczka podczas rozwiązywania kolejnej zagadki czy innej błyskotliwej akcji to prawdziwa przyjemność. To samo można powiedzieć o Sharonie - może nie ma wyglądu supermodelki, ale jej zaradność, cierpliwość do fanaberii Monka i ogólna prezencja stanowią kolejny mocny punkt serialu.

Mógłbym jedynie ponarzekać na sylwetki morderców. Bywają stereotypowi aż do bólu, większość z nich była wymyślana na szybko, zdarzało się, że w kulminacyjnym momencie odcinka zaczynali odstawiać jakieś durne szopki miast działać racjonalnie, jak każdy, bezwzględny kryminalista - zwykle zdarza się to w chwili, gdy twórcy chcieli pokazać Monka w jakiejś wyjątkowej sytuacji, do której nie jest przystosowany (na przykład jazda na karuzeli). Z pierwszej serii wyróżnił się jedynie Dale Whale, najgrubszy przestępca świata, arcywróg Monka, ale ten został stworzony z zamiarem powrotu - oby rychłego, bowiem jest doskonale bezczelny, a przy tym dowcipny.

Same zaś morderstwa oraz przeprowadzane dochodzenia to ta udana część kryminalna serialu - w przeciwieństwie do House'a, gdzie na rozpracowywanie teleturnieju "Jaka to Choroba?" scenarzyści mają gotowy schemat, lekko modyfikowany w zależności od sytuacji. W Monku zaś bywa duża różnorodność - raz morderstwo jest dopracowane w każdym szczególe i bohaterowi przyjdzie się natrudzić nad jego rozpracowaniem, innym razem doskonale wiadomo, kto zabił, ale nijak nie sposób tego udowodnić, są sytuacje, gdzie Monk postępuje wbrew podejrzeniom pozostałych, a i bywa i tak, że jest kompletnie zbywany, gdy wyskoczy z teorią morderstwa. Mało tego, widzowi niejednokrotnie serwuje się ujęcia, z których jasno wynika, co zaszło. Mogę jednak powiedzieć tyle, że nawet widząc szczegółowo scenę morderstwa, i tak widz zostanie zaskoczony błyskotliwym przebiegiem zbrodni, jaki zaprezentuje Monk.

Muzyka to spokojne, jazzowe wstawki z ewentualnymi urozmaiceniami. Przypadł mi do gustu opening, niezwykle subtelny, idealnie podkreśla pedantyzm Monka. W przedostatnim odcinku gości piosenkarz country Willie Nelson, który zapodaje nam trochę ze swego kunsztu wespół z Monkiem, co pogrywa na klarnecie. Z samym obrazem jest różnie, pierwsze sezony seriali na ogół miewają problemy z dobrym oświetleniem. Całość jest jednak czytelna i doskonale zmontowana - zaprezentowanie sekwencji wydarzeń następuje w sposób jak najbardziej logiczny i konsekwentny. Mamy idealnie wyważone proporcje między kolejnymi krokami w dochodzeniu a komizmem, jaki nam Monk i pozostali nieustannie serwują. Co prawda przed "wyciemnieniem" czyli przerwą na reklamy nie ma jakiegoś nagłego skoku napięcia, ale Monk ma lepsze sposoby na intrygę, niż tanie, salonowo-hollywoodzkie sztuczki.



Oto serial godny uwagi. Klasyczną formułę serialu kryminalnego przystosowuje do współczesnych wymogów, koncentrując uwagę na nietuzinkowym bohaterze, co nieustannie ściera się z tym całym zbrodniczym bałaganem. Na szczęście nie ma większego pedanta na świecie, także przestępcy z następnych sezonów, nie będzie wam dane się wyspać.

Ocena: Tak

Zabby: Tum, tuturu tum, tuuuum turutum turutututum
MisQ: ROTFL, jaki absurd
Debił: Co za fajtłapa z niego. Kurwa, jakich ja słów używam!
Gryz Lee: Inteligentne, nie powiem.
Uucker: Za późno, już powiedziałeś

0 komentarze: