
Od razu uprzedzę, że przy poniższej recenzji najnowszego filmu Larsa von Triera nie będę się bawił w żadne analogie i porównania z poprzednimi dziełami tego duńskiego reżysera. Z racji, że ich nawet nie widziałem, mogę podejść do Antychrysta w sposób jak najbardziej obiektywny, albowiem nie miałem żadnych oczekiwań. Interesowało mnie jedynie, jak taki ambitny reżyser, nagradzany wieloma międzynarodowymi nagrodami, potrafi podejść do tematyki ZUA w konwencji filmu grozy. Okazuje się, że... niekonwencjonalnie (ku rozpaczy tych wszystkich nabuzowanych hormonami nastolatków, oczekujących po tytule czegoś w stylu Omena). Nie mamy do czynienia z przełomem, jednocześnie na tle popularnych obecnie horrorów Antychryst wydaje się być perełką.
Podział filmu na rozdziały, prolog i epilog okazuje się być całkiem zgrabnym spostrzeżeniem stałych elementów horroru - radosne wprowadzenie, niespodziewany wypadek, narastające napięcie, sięganie zenitu i w końcu puenta. Antychryst zaczyna się zaprawde beztrosko - główni bohaterowie uprawiają seks niczym grządki na pianinie, zaś w tle rozgrywa się prawdziwa tragedia - ich mały syn, który najwyraźniej dogadałby się z Edypem, podpatruje rodziców i zainspirowanych ich aktem prokreacji wyskakuje przez okno. Wszystko zaś w czarno-białych kolorach, przy muzyce klasycznej, w iście impresjonistycznych, zwolnionych ujęciach. Od tego momentu rozpoczyna się jedna, wielka rozkmina między popadającą w nerwicę żoną a jej mężem, psychoterapeutą. Tym jest właśnie pierwsza połowa filmu - próbą leczenia żony i znalezieniem sposobu na przezwyciężenie jej lęku. Całość nabiera zwrotu w zupełnie przeciwną stronę, gdy wybierają się wspólnie do chatki w lesie, gdzie żonka próbowała dokończyć swoją pracę magisterską i gdzie spędziła ostatnie, samotne chwile z synkiem. Właśnie w tym lesie wychodzą na jaw prawdziwe oblicza lęku, których nie sposób opisać i zdiagnozować, jak to próbuje nasz bohater dzielnie czynić.

Zwrot akcji nie jest nagły - Lars konsekwentnie i z logiką prowadzi nas przez cały film, przekładając powolutku odważniki z jednej szalki na drugą. Podobał mi się ten spokój. Rozmowy nie były prowadzone w zawrotnym tempie, po każdej kwestii widz dostaje chwilę, by sobie spokojnie wszystko przemyśleć. A znalazłoby się trochę tych mądrości, bo poruszane przez bohaterów tematy nie mają na celu jedynie budzenia niepokoju, ale i refleksji dotyczących wychowywania czy relacji między mężczyzną a kobietą (tak, brzmi to zabawnie, jeśli się weźmie pod uwagę, że główni bohaterowie co jakieś 10-15 minut czasu filmowego uprawiali seks).
Ta ambitna otoczka zanika jednak wraz ze znamiennym wypowiedzeniem mocnym growlem "chaos reigns" przez małego, niepozornego lisa. Tak, lisa. Wtedy właśnie jesteśmy świadkami wartko toczącej się akcji, ale...
... ale właśnie ta akcja, tak bardzo potrzebna w horrorach i filmach grozy, tak bardzo potrzebna, by unaocznić zagrożenie, by utrzymać w napięciu do ostatniej minuty, kiedy to przestajemy sobie w końcu z desperacją zadawać pytanie "o Boże, jak to się wszystko do cholery skończy!?"...
... ta właśnie akcja wyszła Larsowi średnio. Reżyser postawił na szokowanie, co kłóciło się z subtelnością wcześnejszych ujęć. Na mnie najlepiej działały surrealistyczne ujęcia (bohater stoi, a wokół niego istna "ulewa" żołędzi), budziły prawdziwy niepokój wobec tej "nieokełznanej" przyrody, z którą przyjdzie się panu psychoterapeucie zmierzyć. Zresztą, co kogo bardziej przeraża - niedopowiedzenia czy dosłowność - to kwestia sporna. Mam pretensje z powodu niekonsekwencji formy. Z horroru, który ma w sobie "wszystko dla każdego" wychodzi film nierówny.
Szokujące sceny brutalności budziły na widowni ogólną wesołość, co mnie niespecjalnie dziwi - film, który z początku cechuje surrealizm, nagle napastuje nas realizmem aż do bólu, i to dosłownie bólu (scena z młotkiem, brr). Całe to ganianie bohaterki po lesie i wykrzykiwanie w kółko dwóch tych samych fraz może staje się po paru minutach irytujące. Jej działanie wychodziło poza jakiekolwiek rozumowanie, ale przerażać to mogło jedynie głównego bohatera, bo dla mnie wyglądało to na pokraczne miotanie się między grozą a komedią.
Trudno jest mi w tej sytuacji ocenić grę aktorską, bo jeśli na dwóch aktorów tylko willem dafoe się sprawdza, to daje to jakieś takie na zdrowy rozum około 5/10. No dobrze, przesadzam, Charlotte Gainsbourg też dała radę, rozebrać się przed kamerą potrafi. Za te jej wybryki z ganianiem po lesie i skrzeczeniem w kółko tego samego winą mogę obarczyć zarówno ją jak i reżysera-scenarzystę.
Trochu powagi jednakowoż. Muzyka i udźwiękowienie jest rewelacyjne - narastające fale basów, przytłumione skrzeki, tupoty, inne psychodeliczne motywy, coś, bez czego żaden solidny horror obejść się nie może. Niby te same patenty, a jednak wsłuchując się w ścieżkę dźwiękową do Antychrysta, odczuwałem większe przytłumienie. W kwestii wizualnej pojawia się ta sama kwestia, co do konwencji - raz ujęcia są niesamowicie dokładne, precyzyjne, innym razem obraz staje się taki, jak w "Blair Witch Project", który to zresztą - sądząc z lokalizacji wydarzeń i wątku czarownic - stanowił ważną inspirację dla Larsa.

Czarownice, szatany, natura. I oczywiście gore. Wybierz jeden, a dostaniesz wszystkie. Całość filmu mógłbym podsumować cytatem "bo to zła kobieta była", ale już jest takie podsumowanie na filmwebie, także sobie daruję oczywisty plagiat.
Ocena: Raczej tak
Gryz Lee: Znakomite ujęcia...
Zabby: Znakomita muzyka...
Debił Cachmen: kurwa gore na potworze czapka!
Uucker: Nie rozumiem fenomenu tego reżysera
MisQ: Nie rozumiem fenomenu horrorów! Ale i tak was lubię :D
Podział filmu na rozdziały, prolog i epilog okazuje się być całkiem zgrabnym spostrzeżeniem stałych elementów horroru - radosne wprowadzenie, niespodziewany wypadek, narastające napięcie, sięganie zenitu i w końcu puenta. Antychryst zaczyna się zaprawde beztrosko - główni bohaterowie uprawiają seks niczym grządki na pianinie, zaś w tle rozgrywa się prawdziwa tragedia - ich mały syn, który najwyraźniej dogadałby się z Edypem, podpatruje rodziców i zainspirowanych ich aktem prokreacji wyskakuje przez okno. Wszystko zaś w czarno-białych kolorach, przy muzyce klasycznej, w iście impresjonistycznych, zwolnionych ujęciach. Od tego momentu rozpoczyna się jedna, wielka rozkmina między popadającą w nerwicę żoną a jej mężem, psychoterapeutą. Tym jest właśnie pierwsza połowa filmu - próbą leczenia żony i znalezieniem sposobu na przezwyciężenie jej lęku. Całość nabiera zwrotu w zupełnie przeciwną stronę, gdy wybierają się wspólnie do chatki w lesie, gdzie żonka próbowała dokończyć swoją pracę magisterską i gdzie spędziła ostatnie, samotne chwile z synkiem. Właśnie w tym lesie wychodzą na jaw prawdziwe oblicza lęku, których nie sposób opisać i zdiagnozować, jak to próbuje nasz bohater dzielnie czynić.

Zwrot akcji nie jest nagły - Lars konsekwentnie i z logiką prowadzi nas przez cały film, przekładając powolutku odważniki z jednej szalki na drugą. Podobał mi się ten spokój. Rozmowy nie były prowadzone w zawrotnym tempie, po każdej kwestii widz dostaje chwilę, by sobie spokojnie wszystko przemyśleć. A znalazłoby się trochę tych mądrości, bo poruszane przez bohaterów tematy nie mają na celu jedynie budzenia niepokoju, ale i refleksji dotyczących wychowywania czy relacji między mężczyzną a kobietą (tak, brzmi to zabawnie, jeśli się weźmie pod uwagę, że główni bohaterowie co jakieś 10-15 minut czasu filmowego uprawiali seks).
Ta ambitna otoczka zanika jednak wraz ze znamiennym wypowiedzeniem mocnym growlem "chaos reigns" przez małego, niepozornego lisa. Tak, lisa. Wtedy właśnie jesteśmy świadkami wartko toczącej się akcji, ale...
... ale właśnie ta akcja, tak bardzo potrzebna w horrorach i filmach grozy, tak bardzo potrzebna, by unaocznić zagrożenie, by utrzymać w napięciu do ostatniej minuty, kiedy to przestajemy sobie w końcu z desperacją zadawać pytanie "o Boże, jak to się wszystko do cholery skończy!?"...
... ta właśnie akcja wyszła Larsowi średnio. Reżyser postawił na szokowanie, co kłóciło się z subtelnością wcześnejszych ujęć. Na mnie najlepiej działały surrealistyczne ujęcia (bohater stoi, a wokół niego istna "ulewa" żołędzi), budziły prawdziwy niepokój wobec tej "nieokełznanej" przyrody, z którą przyjdzie się panu psychoterapeucie zmierzyć. Zresztą, co kogo bardziej przeraża - niedopowiedzenia czy dosłowność - to kwestia sporna. Mam pretensje z powodu niekonsekwencji formy. Z horroru, który ma w sobie "wszystko dla każdego" wychodzi film nierówny.
Szokujące sceny brutalności budziły na widowni ogólną wesołość, co mnie niespecjalnie dziwi - film, który z początku cechuje surrealizm, nagle napastuje nas realizmem aż do bólu, i to dosłownie bólu (scena z młotkiem, brr). Całe to ganianie bohaterki po lesie i wykrzykiwanie w kółko dwóch tych samych fraz może staje się po paru minutach irytujące. Jej działanie wychodziło poza jakiekolwiek rozumowanie, ale przerażać to mogło jedynie głównego bohatera, bo dla mnie wyglądało to na pokraczne miotanie się między grozą a komedią.
Trudno jest mi w tej sytuacji ocenić grę aktorską, bo jeśli na dwóch aktorów tylko willem dafoe się sprawdza, to daje to jakieś takie na zdrowy rozum około 5/10. No dobrze, przesadzam, Charlotte Gainsbourg też dała radę, rozebrać się przed kamerą potrafi. Za te jej wybryki z ganianiem po lesie i skrzeczeniem w kółko tego samego winą mogę obarczyć zarówno ją jak i reżysera-scenarzystę.
Trochu powagi jednakowoż. Muzyka i udźwiękowienie jest rewelacyjne - narastające fale basów, przytłumione skrzeki, tupoty, inne psychodeliczne motywy, coś, bez czego żaden solidny horror obejść się nie może. Niby te same patenty, a jednak wsłuchując się w ścieżkę dźwiękową do Antychrysta, odczuwałem większe przytłumienie. W kwestii wizualnej pojawia się ta sama kwestia, co do konwencji - raz ujęcia są niesamowicie dokładne, precyzyjne, innym razem obraz staje się taki, jak w "Blair Witch Project", który to zresztą - sądząc z lokalizacji wydarzeń i wątku czarownic - stanowił ważną inspirację dla Larsa.

Czarownice, szatany, natura. I oczywiście gore. Wybierz jeden, a dostaniesz wszystkie. Całość filmu mógłbym podsumować cytatem "bo to zła kobieta była", ale już jest takie podsumowanie na filmwebie, także sobie daruję oczywisty plagiat.
Ocena: Raczej tak
Gryz Lee: Znakomite ujęcia...
Zabby: Znakomita muzyka...
Debił Cachmen: kurwa gore na potworze czapka!
Uucker: Nie rozumiem fenomenu tego reżysera
MisQ: Nie rozumiem fenomenu horrorów! Ale i tak was lubię :D
1 komentarze:
hehe nie ogadalem filmu, ale recka dobra. Moze nawet obejrze dzieki temu Antychrysta :)
Prześlij komentarz