piątek, 17 października 2008

Film: The Rock


Jakie są filmy Michaela Baya, każdy widzi. Efektowne, amerykańskie, napompowane sztucznym patosem, itp. Facet potrafi przekuć potężny budżet w solidną, patriotyczną papkę, której ciężko jest cokolwiek zarzucić, chociaż czuje się niedosyt. Takie mam właśnie odczucia po obejrzeniu The Rock - uważany za jego najlepsze dokonanie. Cóż, może właśnie ta opinia postawiła filmowi poprzeczkę na zbyt wysokim poziomie i stąd moje burzczando w brzuszku. W trakcie pisania może zrozumiem, co w tym filmie jest nie tak.

Fabuła jest jeno pretekstem (to jeszcze nie jest zarzut) - zbuntowany żołnierz, przejęcie zakładników, groźba wystrzelenia rakiet w San Francisco - typowy villain, któremu stawić czoła musi cyniczny chemik, pracujący dla FBI (Nicolas Cage) oraz były więzień Alcatraz, któremu dawno temu udało się stamtąd uciec (nierozjebywalny Sean Connery). To film akcji, liczą się głównie efektowne ujęcia, akcja wyciskająca łzy z oczu, garść twardych, męskich tekstów i kobiety. Jest ich całe dwie, ich udział w filmie jest znikomy; w zasadzie to chyba najgorzej wykreowane postacie. Jedyną ich rolą jest motywowanie naszych bohaterów do dalszego działania (wybuch San Francisco = śmierć obu niewiast). That's sexist, ale trudno.

Wręcz odwrotnie jest z kreacją Seana i Nicolasa - na oswojenie się z ich zwyczajami, poglądami, historią poświęcona jest prawie cała godzina filmu. Podobnie jest zresztą z głównym villainem, ale pełen obraz jego motywów ujawnia się dopiero pod koniec.

Tu dochodzimy do pewnej prawidłowości, którą dostrzegłem również przy oglądaniu Transformersów - film się toczy przez jakieś półtorej godziny w tempie zatrważająco nieciekawym, by móc się solidnie rozbujać dopiero pod sam koniec. Takie stopniowanie napięcia to bardzo dobre rozwiązanie w filmie akcji, może dlatego, że dobry film akcji musi być jak porządny mężczyzna. A porządnego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, nie zaczyna.
W The Rock trzeba się jednak naczekać na ten solidny zwrot sytuacji. Po nim następuje część filmu, do której naprawdę jest mi ciężko się doczepić. Wcześniej niejednokrotnie w oczy rzucały się pewne nieścisłości czy dziwaczne zachowania postaci, dopiero pod koniec wydarzenia nabrały tempa i wewnętrznej, spójnej logiki. Mogę nawet powiedzieć, że końcówka zrekompensowała mi wcześniejsze rozczarowanie.

Wyjaśnię, o co chodzi. Otóż po pierwszych dziesięciu minutach widać wyraźnie, że film próbuje się utrzymać w konwencji realistycznej - używana w świecie filmu technologia nie jest na wyrost zaawansowana, akcje są przeprowadzane z pomocą realistycznych taktyk, nawet motywy villaina są dość racjonalne - chciał pieniędzy dla rodzin tych żołnierzy, którzy zginęli pod jego dowództwem. Cała ta realistyczna otoczka pęka w chwili, gdy profesjonalni żołnierze przez przypadek upuszczają na podłogę gaz XV, który to zresztą próbowali przejąć. Cały ich profesjonalizm prysnął. Coś w stylu "ZOMG, wynoszą jakąś broń, ZOMG upuścili to, o krva, ale masakrę to czyni, dobrze, że to zobaczyłem na własne oczy, teraz lepiej rozumiem, jak bardzo są niebezpieczni, wymierzając tę broń przeciwko politycznie poprawnym obywatelom amerykańskim". Tego typu scenek znalazłoby się jeszcze kilka - takich, co po prostu MUSZĄ coś unaocznić. Nie podoba mi się robienia z widza idioty.

Plus ogólny patriotyzm. Żołnierze, Ameryka, walka, wierność, honor, srutu tutu. W przeciwieństwie jednak do Transformersów, żadna ze stron nie była ukazana w jasno określonych barwach. Nikt nie był bez winy, zarówno "terrorystyczni" żołnierze, jak i rząd amerykański. Dobrze się w ten konflikt wpasowały wahania Cage'a, co przez dłuższy czas nie mógł nikogo zastrzelić. Nie żeby nie wiedział, po czyjej stronie się opowiedzieć, po prostu jego emocje silniej splatały się z emocjami widza - to on raczej był niezdecydowany, komu przyznać rację. Na szczęście tuż obok był nierozjebywalny Sean Connery, co naprowadził bohatera na słuszną drogę życia zgodnie z własnymi, nienarzuconymi przez nikogo zasadami. Nie ma jednego momentu, od którego widzimy znacznie bardziej zdecydowanego Cage'a, zmiana ta zachodzi powolutku, ze sceny na scenę, tu duży plus.Wciąż jednak czuję niedosyt, i to, o dziwo, w związku z postacią graną przez nierozjebywalnego Seana Connery. Taki niezdecydowany, niby ma wszystko w dupie, a zaraz potem mu zależy, potem znowu mu się odwidzi i znowu wraca...

Są zalety, są wady. Może faktycznie za dużo wymagam od prostego filmu akcji, a może film po prostu nie przetrwał próby czasu i nie potrafi w pełni zadowolić kogoś takiego jak ja, z pokolenia matriksowego. Nie można mu odmówić świetnych zdjęć, ciekawych postaci, przemyślanego scenariusza (mimo tych kilku nieścisłości) no i genialnego zakończenia. Ale czy wrócę do tego filmu drugi raz? Szczerze powątpiewam.
Ocena: No nie wiem

Zabby: Jebać Hansa Zimmera. Chyba.
Debił: Ale mnie ten Cage i Connery wkurwiali, geje z dupy!
MisQ: Co chcecie, dużo akcji, a i pośmiać się też można było.
Gryz Lee: Zakończenie było słabe przecie, reszta niezgorsza.
Uucker: Podobało mi się ukazanie, jak bardzo nasi zwierzchnicy starają się nas wyruchać.
Jonasz: Nie znam, 2/10

3 komentarze:

Márius Litevec pisze...

Connery i Harris mnie zachecaja, Bay odrzuca na osiemnascie kilometrow, nie wiem, moze kiedys obejrze

Márius Litevec pisze...

a nie, ja to kiedys juz ogladalem, hahahahahaha

pamietam tylko Connery'ego i chyba mi sie ogolnie nie podobalo

Justyna pisze...

mój plakat, oddawaj!