
Zwiastun dawał nadzieję na kolejny film o niedobrych terrorystach, ale wykonany z pomysłowością Wroga publicznego i z klimatem zbliżonym do tego z Dark Knight. Można takie zjawisko w amerykańskim kinie zaobserwować - nie są w stanie wymyśleć niczego przełomowego, to chociaż stare, dobre patenty opakowują mrocznym klimatem bez cukierkowatych happy endów. Z drugiej strony - obejrzenie Eagle Eye rozwiało moje nadzieje na utarcie się takowej tendencji. To pojedyncze przypadki, takie mroczne klimaty. Cała reszta nawet się nie sili na wprowadzenie choćby najdrobniejszej innowacji.
Sekwencja otwierająca była tak oderwana fabularnie od materiału zwiastunowego, że przez moment ogarnęła mnie wątpliwość, czy aby dobrą salę kinową wybrałem. Jakbym doczytał opis filmu do końca, to może wpadłoby mi w oko słówko "terroryzm" i byłbym przygotowany na takie klimaty. Za grzechy przyszło mi odpokutować jakąś godzinę później - wtedy to film robi się dramatycznie nieoglądalny.
Zanim to jednak nastąpi, jesteśmy raczeni scenkami rodzajowymi z życia głównego bohatera w celu zapoznania zarówno z osobowością młodziana jak i jego otoczeniem. Wypada to najlepiej w całym filmie - LaBeoufowi trzeba przyznać, że dał radę przedstawić model wiarygodnego, samodzielnego bohatera. Z kolei dzięki charakteryzacji aż tak nie irytuje swoim ryjem. Krótko mówiąc, otrzymaliśmy postać, za której losami warto podążać. Jeszcze lepiej wypada postać pana inspektora z FBI, cosik nie idzie mi znalezienie, jak się zwał. W każdym razie oglądanie go było samą przyjemnością, twardogłowy twardziel z mocnymi tekstami i genialną mimoką. Z kolei postać partnerki... może i fakt, że takie uproszczenie jak "jedyne, na czym mi zależy, to życie mojego syna" jest urealnieniem obrazu, ale jej rola w filmie jest minimalna, ogranicza się głównie do MILFowego wyglądania. Nic w zasadzie ciekawszego o niej nie jestem w stanie powiedzieć, chyba tylko tyle, że wybrała sobie za męża arcybuca, który nie potrafi pojawić się w filmie na dłużej niż minutę.

Ok, czyli o co tak naprawdę chodzi? Otóż właśnie ta dwójka, zanurzona po uszy we własnym gównie, odbywa dziwną rozmowę telefoniczną z tajemniczym, żeńskim głosem. No a później to już jaja totalne - gość znajduje u siebie setki paczek z bronią, babka jest szantażowana życiem zarówno synka, jak i ludzi znajdujących się wokół niej... z początku nieufni względem poleceń tajemniczej rozmówczyni, coraz bardziej zaczynają się czuć kontrolowani przez otoczenie i w końcu rozumieją, że bez dostosowania się nie zdołają przetrwać.
Jak na sensacyjny thriller przystało, jest i sensacja i jest thriller, z przewagą tego pierwszego. Mnóstwo pościgów, uskoków, przeskoków, strzelanin, baranin, itp. Warstwa thrillerowa to głównie Wielkie Poczucie Zagubienia, to jest - Nikt Nic Nie Wie, OCB? No wiadomo - tajemniczy odgłos ze słuchawki, akcja zakrojona na teren całej Ameryki, terroryzm... poczucie strachu, wynikające z niezrozumienia. Twórcom jednak chyba nie podobało się takie trzymanie w niepewności, bo w połowie filmu wyjaśniają, kto za tym wszystkich stoi. A właściwie - co. Czas na spoiler, ale trudno.
Jebany komputer.
Właśnie od tego momentu niejednokrotnie rozlegał się świst opadającego mojego wszystkiego.
Bo tak w zasadzie wyszło, że pierwsza połowa filmu, mimo kilku pojedynczych bzdurności i nierealistyczności, potrafiła przekonać, że taka nieustanna inwigilacja ludzkiego żywota jest czymś jak najbardziej możliwym. W dodatku nie do końca wiadomo było, komu można ufać, a komu nie. Zniesiono jebany podział na dobro i zło, niestety, tylko na jedną godzinę. Później to komputer okazuje się być "tym złym", zaś wszyscy inni, co próbują go powstrzymać są "tymi dobrymi". W zasadzie muszę sobie teraz zaprzeczyć, bo owy komputerek (nawiasem mówiąc, tytułowy Eagle Eye) został tak zaprogramowany, by podjąć "radykalne" kroki, jeśli organ zarządzający państwem nie sprawdzi się w uczciwych, zgodnych z konstytucją, rządach. Także taki zły, ten komputerek, to on nie jest.
Ale żeby komputer? Przecież walka na poziomie maszyna-człowiek była już eksploatowana w literaturze i w filmie na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. To zresztą najmniejszy problem, gorzej właśnie z tym zderzeniem dwóch połówek filmu - pierwsza sensacyjna, druga science-fiction. Wciąż science-fiction, bo komputerów - które da się rozwalić za pomocą wbicia im prosto w oko kawałka stali - nie wyprodukowano jak na tę chwilę. A, no i thriller. Jest parę momentów, gdzie wydarzenia toczą się tak zgrabnie i szybko, że nóżka może nerwowo zacząć tuptać w oczekiwaniu na ostateczne rozwiązanie. Jednak nic z tego, cały urok tych scen pryska wraz z ich wydźwiękiem und puentą. Spłyconą. Wyraźnie widać, że twórcy nie wiedzieli w stronę której konwencji ostatecznie pójść i wyszedł taki misz-masz śmiszny. Wg wikipedii to Spielberg miał to kręcić, ale dał sobie siana. Ktoś to przejął, pozmieniał konwencję genewską ze dwadzieścia razy i mamy stracone 14 zł. Zresztą, sam Spielberg nie zdołałby pewnie tego filmidła uratować, wziąwszy pod uwagę jego obecną kondycję.

Nie marnujcie 14 zł, bo was zły komputer zje.
Ocena: Nie
Zabby: Asłuchalne
Debił: A mogłem za to obiad zjeść!!!
MisQ: Są śmieszne momenty i tyle.
Gryzlee: Nieporozumienie
Uucker: Co za upokarzające zakończenie, idę się zabić.
2 komentarze:
tru tru
film cienki, nie obejrzalbym nawet pirackiej wersji na kompie...
a fakt ze wywalilm na niego 14 zl w kinie wynika z teg, ze tak jak kolega bloger podniecilem sie trailrem.
o fuj, jaka brzydka pala
Prześlij komentarz